Naprawdę nie wiem czy bylibyśmy w stanie wskazać na naszej planecie inne, równie majestatyczne i pełne mistycyzmu zjawisko jak zorza polarna. Jest tak urzekająca, że wcale nie dziwi fakt nazywania jej przez wieki określeniami typu „znak od Boga” tudzież „taniec duchów”. Choć już od ponad wieku dysponujemy naukową wiedzą pozwalającą wyjaśniać przyczyny jej powstawania, to nauce i tak nie udało się skraść zorzy otaczającej jej aury tajemniczości. Uświadomienie sobie jak to działa nic nie zmienia. Widok za każdym razem zapiera dech w piersi współczesnego człowieka, tak samo jak naszym przodkom sto, pięćset i tysiąc lat temu.

Zorze polarne (łac. aurora borealis) powstają na skutek oddziaływań zjonizowanych cząsteczek gazów w jonosferze (oczywiście głównie tlenu i azotu) z naładowanymi cząstkami naniesionymi przez wiatr słoneczny (głównie protony i elektrony), które następnie zostały przechwycone przez ziemskie pole magnetyczne. Przechwycone cząstki przemieszczając się w jonosferze wzdłuż linii pola magnetycznego łączących bieguny naszej planety, wzbudzają zjonizowane atomy dwóch głównych pierwiastków składających się na atmosferę ziemską, co prowadzi do emisji fotonów i w konsekwencji bajecznych pokazów świetlnych na podbiegunowym niebie. Zieleń i brąz zawdzięczamy tlenowi, natomiast kolory czerwony i niebieski azotowi.

Ciekawe jest pochodzenie jej łacińskiej nazwy aurora borealis. Aurora pochodzi od imienia rzymskiej bogini poranka. Boreas zaś to używane w czasach starożytnych imię przynoszączego chłody „północnego wiatru” (w polskiej wersji Boreasz). Nazwę tę zaproponował w 1621 roku Pierre Gassendi, francuski ksiądz, filozof, astronom i matematyk. Podobne zjawisko zachodzące w okolicach południowego bieguna magnetycznego nazwano aurora australis, gdzie australis znaczy dosłownie „południowa” lub „ta na południu”. Przy okazji staje się jasne pochodzenie nazwy kontynentu Australia.

Komentarze z Facebooka
Komentarze zostały wyłączone.